Słodkie kłamstwa Sugar Mana

Chcesz pójść do kina na „Sugar Mana” i zachwycić się historią Sixto Rodrigueza jak wszyscy? Nie czytaj tego tekstu.

Szukając tego prawdziwego Sugar Mana

Po seansie „Sugar Mana” wyszedłem z kina wzruszony i naładowany optymizmem, zupełnie jak obiecał mi oficjalny plakat. Historia zaprezentowana w filmie Malika Bendjelloula jest tak nieprawdopodobna, że zacząłem się zastanawiać, czy ten „dokument” nie został przypadkiem trochę podkoloryzowany i przypudrowany.

Wątpliwości rozwiał mój ulubiony wykrywacz kłamstw – Internet. Teraz to ja szukałem Sugar Mana, ale tego prawdziwego, a nie wykrzywionego przez obiektyw kamery. Nie zajęło mi to wiele czasu, w końcu film miał swoją premierę na świecie grubo ponad rok temu, a nie mogłem być jedynym, który przedstawioną historię poddał w wątpliwość.

Fakty psują przekaz? No to ciach!

„Sugar Man” kreuje Rodrigueza na nieśmiałego samotnika, który po komercyjnej klapie, jaką zaliczyły jego dwie płyty, zapadł się pod ziemię i ciężko pracował fizycznie, aby jakoś związać koniec z końcem. Tymczasem w RPA stał się gwiazdą na miarę Beatlesów i Hendrixa, a jego albumy rozchodziły się drogą nielegalną w milionach egzemplarzy, będąc ważnym głosem w walce z apartheidem. Muzyk był tego zupełnie nieświadomy.

Prawda jest zgoła odmienna. Rodriguez wcale nie zapadł się pod ziemię. Właściwie to radził sobie naprawdę nieźle w Australii i Nowej Zelandii, gdzie był gwiazdą i regularnie koncertował, a „Cold Fact” zdobył status złotej płyty. Występy te utrwalone zostały zresztą na jego albumie koncertowym (o którym w filmie ani słowa). Jego tytuł – „Alive” – jest najprawdopodobniej skinieniem głowy w stronę plotek o jego tajemniczej, mrocznej śmierci, która przez lata była nierozwiązaną zagadką dla bohaterów tej historii. :)

Rodriguez odniósł też niemały sukces w Botswanie i Rodezji, a zapomniane  podobno przez świat „Cold Fact” i „Coming From Reality” były wznawiane w Australii, Nowej Zelandii i Szwecji. Oj, nieładnie.

Fajny film, słaby dokument

Dlaczego ten film nazwany został dokumentem? Zatajanie faktów nie różni się niczym od pospolitego kłamstwa, więc czy w takim wypadku może być usprawiedliwione?

Muzyka Rodrigueza jest naprawdę dobra i cieszę się, że „Sugar Man” przybliżył mi jego dorobek, ale nie mogę przeboleć tego, jak gra się tutaj na emocjach i sympatii widza, traktując go jak frajera, który łyknie wszystko, co się mu podsuwa pod nos. Można powiedzieć, że ten film miał się skupić na relacji Rodrigueza z RPA, ale i w tym wypadku wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Dlaczego właściwie wytwórnia i sam muzyk była kompletnie nieświadoma sukcesu w Afryce? Co się stało z dochodem ze sprzedaży płyt? Clarence Avant, szef Sussex Records, powiedział w filmie, że ”to nie jest historia o pieniądzach ” i tym samym odciął się od tematu. Ale czy dobry dokument nie powinien dokładniej zbadać sprawy?